Rozdział Jedenasty

 Młodszy kapral Levi bez pukania wpadł do gabinetu Irvina, ogarnął wzrokiem pomieszczenie i zauważywszy w końcu obecność dowódcy, otrzepał spodnie z niewidzialnego kurzu, poprawił chustę, po czym odchrząknął znacząco. Smith uniósł wzrok znad dokumentów, wyprostował się i spojrzał wyczekująco na bruneta.
 — Coś się stało, Levi?
Kapral policzył w myślach do dziesięciu (słyszał, że to ponoć pomaga się uspokoić) i odetchnął głęboko.
 — Wiesz, gdzie się podziała ta palaczka?
 Irvin spojrzał na bruneta nie lada zaskoczony.
 — A, Yuna… Wzięła wolne. Czemu pytasz?
 Ciemne oczy kaprala błysnęły niebezpiecznie.
 — Co za pierdolona kurwa… — zaklął siarczyście. — Wkręcić mnie w opiekę nad gówniarzami i jeszcze się lenić. Zabiję.
 — Ej, Levi, spokojnie… — Smith próbował chociaż trochę załagodzić gniew podwładnego. Asahina też nie miała kiedy wkurzać Leviego, tylko dzień przed wyprawą za mur. I oczywiście nie mogła sobie znaleźć innego dnia, by wziąć wolne. — Powinieneś się już przyzwyczaić. To w końcu Yuna.
 Kapral zacisnął dłonie w pięści, szybko podszedł do biurka Irvina i uderzył w blat.
 — Nie rozumiem, do chuja, co w niej takiego wyjątkowego. Ciągle Yuna, Yuna, Yuna. Weźcie się wszyscy pierdolcie. Powinna zdechnąć — rzucił pretensjonalnym tonem.
 Rzadko kiedy Levi dużo mówił, szczególnie na temat Asahiny, ale jeszcze nigdy wcześniej otwarcie nie życzył jej źle. Może i Yuna była niesubordynowanym, nieposłusznym i robiącym wszystko na przekór żołnierzem, który potrafił w dodatku doprowadzić do białej gorączki, ale to nie znaczyło, że ma od razu ginąć w męczarniach. Chyba.
 — Tak, już się dowiedziałem, że Yuna zaszła ci za skórę. Coś jeszcze? — zapytał Irvin, nie zwracając zupełnie uwagi na rozwścieczonego kaprala.
 — Niech ktoś się zajmie tymi bachorami. Ja nie zamierzam.
 — Wyznacz kogoś ze swojego oddziału. Na pewno będzie zachwycony — zaproponował Smith, wywołując kolejny atak frustracji u Leviego.
 — Ty naprawdę sądzisz, że oni nie mają nic poza tym do roboty?! Naćpałeś się do reszty?!
 Blondyn spiorunował go wzrokiem.
 — To raczej ty się czegoś naćpałeś. Twoje spojrzenie mówi samo za siebie.
 Levi prychnął, obrzucił przełożonego nienawistnym spojrzeniem i wyszedł z gabinetu, gwałtownie trzaskając drzwiami. Irvin zaśmiał się w duchu. Dawno kapral nie zachowywał się jak niezadowolone dziecko.

***

 Asahina Yuna lawirowała pomiędzy stolikami, uważając, by nie potknąć się o pustką butelkę do alkoholu, o pożyczoną od Hanji spódnicę lub by nie wpaść przypadkiem na jednego ze stałych gości baru. Pani kapral doskonale wiedziała, że nie pasowała do tego miejsca — dzięki Irvinowi nie była już kryminalistką, nie musiała się ukrywać, chociaż gdzieś tam czuła, że w tym świecie egzystowały jeszcze osoby, które pragnęły tylko jej śmierci. Żył przecież jeszcze Nile Dawk, inni wysoko postawienie członkowie Żandarmerii, i co ważniejsze, kapitan Asahina Satoru, głowa rodziny Asahina.
 Nie chodziło o to, że Yuna bała się ojca, bo przecież nie należała do tej grupy osób, które uciekały na widok starca. Nienawidziła Asahiny Satoru, zresztą z wzajemnością. Znała swojego ojca jak nikt inny i wiedziała, że pod tą maskę miłego i sympatycznego mężczyzny kryje się istny sadysta, który potrafił posunąć się nawet do zabójstwa, jeżeli ktoś nie zatańczył tak, jak mu zagrał.
 Mimo wszystko jednak sprzeciwiła się ojcu i poszła swoją własną droga. Nigdy nie żałowała, że została zwiadowcą. Nigdy nie żałowała, że została terrorystką. Nigdy nie żałowała swoich wyborów.
 W końcu Asahina przepchnęła się do lady, usiadła na jednym z barowych krzeseł i położyła dłonie na chorobliwie czystym blacie, splatając ze sobą palce. Właściciel lokalu stał odwrócony tyłem do dziewczyny i ustawił szklanki na półce.
 — W czym mogę pomóc? — zapytał, słysząc, że ktoś odsuwa krzesło. Yuna uśmiechnęła się drwiąco pod nosem.
 — Powinien się pan mieć bezpośredni kontakt z rozmówcą i zaprzestać działań, kiedy prowadzi pan konwersację z damą — stwierdziła z udawaną pretensją w głosie szatynka. Mężczyzna odwrócił się na pięcie i już miał udzielić reprymendy kobiecie, która śmiała zwrócić mu uwagę, kiedy stwierdził, że właściwie twarz dziewczyny jest całkiem znajoma. Pamiętał ten drwiący uśmieszek na ustach Świstaka i nie mógłby pomylić go z żadnym innym.